Moda w Polsce to nie tylko ubrania – to historia zapisana w tkaninach, krojach i kolorach. Opowieść o kreatywności, która potrafiła przetrwać niedobory, i o stylu, który był sposobem na wyrażenie siebie w czasach, gdy wolność była towarem reglamentowanym. Zmieniały się dekady, ustroje i gusta, ale jedno pozostało niezmienne: potrzeba ubierania się nie tylko „jakoś”, ale „po swojemu”.
Czas PRL-u: moda spod lady i z domowej maszyny
W czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej moda była polem walki – z systemem, z szarzyzną, z brakiem. Sklepy świeciły pustkami, a dostęp do zagranicznych trendów ograniczały nie tylko granice, ale i ideologia. Kobiety jednak nie rezygnowały z elegancji – szyły same, przerabiały, zdobywały tkaniny po znajomości. Sukcesem była bluzka z Pewexu, dżinsy z paczki z Zachodu albo uszyty przez krawcową żakiet wzorowany na zdjęciu z „Burdy”.
Z tamtych czasów zapamiętaliśmy kilka ikon:
-
Mody z pokazów Mody Polskiej – pierwszej państwowej firmy odzieżowej, której projekty nierzadko przypominały zachodnie haute couture
-
Ubrania z łódzkiego „Telimeny” czy białostockiego „Bielpołu” – funkcjonalne, trwałe, często zaskakująco stylowe
-
Stylizacje z filmu i estrady – Kalina Jędrusik, Violetta Villas czy Maryla Rodowicz wyznaczały kierunki mody bardziej niż polityka
To moda, która wymagała pomysłowości i determinacji. Dla wielu Polek była formą oporu, wyrażenia siebie mimo ograniczeń.
Lata 90.: wolność i chaos
Upadek komunizmu przyniósł nie tylko zmiany ustrojowe, ale też modowy wybuch wszystkiego: zachodnich marek, dżinsów z bazaru, legginsów, ćwieków i neonów. Moda stała się wolna, ale też trochę zagubiona. Stylizacje z tamtej dekady to dziś kultowa mieszanka: ortalionowe kurtki, krzykliwe nadruki, t-shirty z napisami w dziwnym angielskim. I choć z perspektywy czasu bywa to estetycznie ryzykowne, nie można odmówić temu okresowi energii i odwagi.
Pojawiają się też pierwsze niezależne marki, polscy projektanci zaczynają pokazywać się za granicą. To jeszcze początek drogi, ale już z wyraźną potrzebą stworzenia „polskiego stylu” – osadzonego w lokalności, ale nowoczesnego.
Moda po 2000 roku: między tradycją a globalnym światem
W XXI wieku polska moda dojrzewa. Projektanci – od Gosi Baczyńskiej, przez Roberta Kupisza, po Magdę Butrym – zaczynają budować własne, rozpoznawalne języki. Moda przestaje być tylko powielaniem trendów z Paryża czy Mediolanu, a staje się formą opowieści o polskości w nowoczesnym wydaniu.
Równolegle, gdzieś pomiędzy światłami wybiegów a realiami porannego tramwaju, rozwija się moda do noszenia naprawdę – nie na czerwony dywan, ale na codzienne życie z jego rytmem, niespodziankami i kawą wypitą w biegu. To ubrania, które nie tylko dobrze wyglądają, ale też wiedzą, jak się żyje: że raz trzeba pobiec do pracy, a raz na spacer z dzieckiem, i w obu przypadkach warto czuć się jak kobieta z okładki – ale bez sztucznego błysku.
Marki takie jak Monnari wpisują się w ten styl nowoczesnej elegancji bez zadęcia. Ich kolekcje są jak dobrze zaprojektowane zdania – brzmią swobodnie, ale mają konstrukcję. Znajdziesz tam rzeczy, które pasują i do poniedziałku, i do niedzieli, i do wszystkiego pomiędzy. Bez potrzeby przebierania się w inną osobę. Styl w wersji użytkowej, ale nie banalnej. Estetyka, która nie musi krzyczeć, żeby być zauważona.
Bo moda dziś nie musi być wielkim manifestem – wystarczy, że mówi: „wiem, kim jestem”.
Dziś: świadomość i wybór
Współczesna polska moda to już nie tylko wygląd – to także wartości. Rośnie znaczenie zrównoważonej produkcji, lokalności, transparentności. Ubrania mają nie tylko dobrze leżeć, ale też powstawać w sposób etyczny. Klientki i klienci pytają o pochodzenie materiałów, warunki pracy, ślad węglowy.
Ale niezależnie od dekady, jedno pozostaje niezmienne: moda w Polsce to nie tylko to, co mamy na sobie. To opowieść o tym, kim jesteśmy – w danym momencie historii. O marzeniach, które szyje się z tego, co jest pod ręką. O elegancji, która bywa formą wolności. I o tym, że styl zawsze znajdzie dla siebie miejsce – nawet tam, gdzie na pierwszy rzut oka nie ma nic.




